Śpiewaki.

Maroon Bells o świcie

Wstaliśmy o wpół do czwartej, żeby zobaczyć dwie góry w wodzie. Okazało się, że nie tylko my mieliśmy ten pomysł.

Budzik o 3:30 brzmi jak zły pomysł do momentu, w którym staje się na brzegu Maroon Lake i widzi się, że tafla jest zupełnie nieruchoma. Wtedy przestaje się liczyć, o której się wstało.

Parking to osobna wyprawa

Do doliny wpuszczają ograniczoną liczbę aut i rezerwację trzeba mieć wcześniej — my kupiliśmy ją trzy tygodnie przed wyjazdem i to była najlepiej wydana dwudziestka w całym Kolorado. Kto przyjeżdża bez rezerwacji, zostaje na dole i czeka na autobus.

Na miejscu, jeszcze po ciemku, stało już ze dwadzieścia statywów. Wszyscy w kurtkach, wszyscy cicho. Trochę jak w kościele, tylko zimniej.

Światło przychodzi od góry

Najpierw robi się różowy sam szczyt, potem kolor schodzi w dół przez całe dziesięć minut, aż w końcu dociera do lasu nad wodą. Osiki były wtedy dokładnie w tym momencie, kiedy połowa jest jeszcze zielona, a połowa już złota.

Zostaliśmy do ósmej, choć planowaliśmy do szóstej. Potem śniadanie w Aspen za pieniądze, o których lepiej nie pisać.

← Wszystkie wpisy