
Zupa, której nie było w menu
Knajpa przy stacji benzynowej w miasteczku, którego nie ma na żadnej liście. Zielone chili, które wspominamy do dziś.
Zatrzymaliśmy się tylko po to, żeby zatankować. Obok dystrybutorów był lokal z sześcioma stolikami i kartką na drzwiach: „otwarte, kiedy jesteśmy”.
Pytanie, które się opłaciło
W menu było pięć rzeczy i żadna nie wyglądała szczególnie obiecująco. Kasia zapytała, co jedzą oni sami. Kobieta za ladą popatrzyła chwilę, po czym powiedziała, żeby usiąść i nie zamawiać nic.
Po dziesięciu minutach przyniosła dwie miski zielonego chili z wieprzowiną, miękkie tortille i zimną wodę z cytryną. Nie było tego w karcie, bo — jak wyjaśniła — to jest obiad dla obsługi.
Co z tego zostało
Przepis dostaliśmy zapisany na serwetce, czterema punktami, bez ilości. Próbowaliśmy odtworzyć to w domu trzy razy. Za każdym razem jest dobrze i za każdym razem nie tak samo.
Nazwy miasteczka nie podajemy celowo. Jak traficie, to traficie.